01/03/2026 • Aktualizacja: 04/06/2026 • Ziemowit Ochapski

Gdy był dzieckiem, jego mama powtarzała, że ma w domu „dwóch Maćków”, bo energii miał za dwóch. Z kolei ojciec liczył, że pomysł o zostaniu bokserem ktoś mu szybko wybije z głowy. Nie wybił.
Spis treści
Maciej Zegan przyszedł na świat 8 lutego 1975 roku we Wrocławiu. Pewnego dnia Ludwik Denderys, olimpijczyk i medalista mistrzostw Europy, zobaczył w jedenastoletnim dzieciaku coś więcej niż tylko zaciętość. A kiedy po śmierci ojca chłopak rozsypał się psychicznie i przestał przychodzić na treningi, rękę wyciągnął do niego Andrzej Piotrowski.
– Jeździł za mną, pomagał, odbierał mnie po szkole – wspomina Zegan w wywiadzie dla serwisu boxing.pl. – Po śmierci taty przechodziłem załamanie psychiczne, nic mi się nie chciało. Trener Piotrowski przyjeżdżał po mnie i zawoził mnie na salę treningową. To jemu zawdzięczam najwięcej.
Pierwszą walkę jako zawodnik Gwardii Wrocław wygrał przed czasem. Miał dwanaście lat. Tyle że w jego kategorii wiekowej… nie wolno było wtedy wygrywać przed czasem. Zwycięstwo zamieniono w porażkę na punkty, a on wrócił do domu i się rozpłakał. Dziś brzmi to jak anegdota, ale wtedy był to pierwszy policzek od systemu. Nie ostatni.
Jako amator stoczył około 350 pojedynków. Przegrał zaledwie piętnaście z nich. Dwukrotny mistrz Polski juniorów, pięciokrotny mistrz Polski seniorów. Międzynarodowe turnieje, kadra, obozy po 250 dni w roku. A jednak igrzysk olimpijskich w życiorysie brak. W Mińsku, na mistrzostwach Europy w 1998 roku, w walce o brąz obił reprezentanta gospodarzy. Sędziowie, wydający werdykt w oparciu o tzw. maszynki do liczenia punktów, widzieli to jednak inaczej. Rok wcześniej na mundialu miał miejsce podobny scenariusz.
Na zawodowstwo przeszedł w wieku 23 lat. Podpisał kontrakt w Londynie z Panosem Eliadesem, promotorem Lennoxa Lewisa. Trzy i pół roku pod skrzydłami człowieka, który prowadził mistrza świata wagi ciężkiej. Trenował obok „Lwa”. Patrzył, jak funkcjonuje wielki biznes. I szybko zrozumiał, że w zawodowym boksie nie wystarczy dobrze się bić. Trzeba jeszcze np. ze zrozumieniem przeczytać umowę, bo z widniejącej na niej kwoty należy opłacić m.in. podatek, trenera czy promotora.
W 2003 roku dostał swoją życiową szansę. Walka o pas mistrza świata WBO wagi lekkiej z Arturem Grigorianem. Pojedynek, który w Polsce do dziś wspomina się z goryczą. Kontrowersyjny werdykt, międzynarodowy skandal, pierwsza porażka w zawodowej karierze. I poczucie, że znowu ktoś zabrał mu coś przy zielonym stoliku. To był moment graniczny. „Boom Boom” się nie rozsypał, ale coś w nim pękło.
– Po końcowym gongu byłem pewien, że wygrałem – wraca do tamtych chwil w rozmowie z Tomaszem Siwko. – Uklęknąłem w ringu, cieszyłem się i dziękowałem Bogu. Czułem, że tę walkę wygrałem. Werdykt jednak długo nie był ogłaszany, trwało to zdecydowanie za długo i wiedziałem, że coś było kombinowane. Popatrzyłem na narożnik Grigoriana i już wiedziałem, że tej walki nie wygrałem. Łzy same ciekły mi z oczu. Godziny treningów, wiele wyrzeczeń – wiele mnie to wszystko kosztowało, zresztą nie tylko mnie ale też moją rodzinę, a to wszystko zostało mi zabrane w ciągu kilku sekund.
W kolejnych latach zdobywał mniej prestiżowe pasy – interkontynentalny WBO, mistrzostwo świata WBF, mistrzostwo Europy WBO. Były walki w USA. Były zwycięstwa przed czasem. Były też porażki – z Nate’em Campbellem w eliminatorze IBF czy z Eduardem Trojanowskim. Po tej ostatniej stracił europejski pas WBO i ogłosił koniec kariery.
– My w Polsce niewiele wiedzieliśmy wtedy o Campbellu, a amerykańscy bokserzy jeden za drugim odmawiali wówczas walki z nim – tłumaczy na łamach „Przeglądu Sportowego”. – Nasza niewiedza okazała się potem problemem. Ja w sumie też mogłem zrezygnować jeszcze z tego pojedynku ze względu na kontuzję – wszystko widzieli zarówno trener Łapin jak i [masażysta] Jan Sobieraj – jednak zdecydowałem się wyjść do ringu.
Chwilę później przyszła dwuletnia dyskwalifikacja za doping wykryty po starciu z Rosjaninem. Potężny cios w reputację. Wrócił jeszcze na rewanż z Dariuszem Snarskim w 2013 roku. Wygrał, ale to już nie był ten sam pięściarz. Organizm miał dość.
Macej Zegan nie zamknął się jednak w przeszłości. Pracował jako strażnik miejski, został radnym Wrocławia, zajął się prowadzeniem klubu bokserskiego i warsztatu samochodowego. W polityce próbował różnych dróg – od lokalnych komitetów po parlamentarne listy. Bez spektakularnych sukcesów, ale z uporem, który pamiętamy z ringu.
Jestem publicystą sportowym z ponad 20-letnim doświadczeniem, specjalizującym się m.in. w historii bosku. Piszę o legendach pięściarstwa, rekordach i przełomowych walkach. Jestem autorem książek sportowych, tworzę serwis legendysportu.pl i przez wiele lat współpracowałem z WP SportoweFakty. W swoich tekstach stawiam na rzetelność i pasję - łączę dziennikarskie doświadczenie z głębokim zamiłowaniem do historii boksu, aby pokazać, jak dawni mistrzowie kształtowali oblicze dyscypliny, którą kochamy.
Dodaj komentarz