03/05/2026 • Aktualizacja: 03/05/2026 • Ziemowit Ochapski

W dzieciństwie był wysoki oraz szczupły. Zadawał się ze starszymi i szybko zrozumiał, że na podwórku nie można dawać sobą pomiatać.
Spis treści
Józef Grzesiak przyszedł na świat 18 lutego 1941 roku w Popowie. Boks nie był jego pierwszym sportowym wyborem. Najpierw trenował pływanie w Ogniwie Wrocław, a potem pojawiła się piłka nożna. Gdy jako dwunastolatek zobaczył w gazecie nabór do sekcji pięściarstwa w Pafawagu, traktował to bardziej jak ciekawostkę niż pomysł na przyszłość.
Do sali trafił trochę z przekory, a trochę z konieczności. Jego koledzy byli silni i pewni siebie. Chłopak nie pasował do ich świata, ale też nie chciał być tym najmłodszym, którego można popchnąć czy ustawić w szeregu.
Rodzice nie byli zachwyceni. Nie widzieli w pięściarstwie drogi dla syna, raczej ryzyko i kłopoty. Nie dawali pieniędzy na tramwaj, więc młody Grzesiak chodził na treningi pieszo. Czasem próbował innych dyscyplin, czasem wracał do szermierki na pięści – aż w końcu sala Gwardii przy Krupniczej go pochłonęła.
Ówczesny boks był surowy i prosty. Własne trampki, własna koszulka i wymagający trenerzy. Z czasem przestał być dla Józefa tylko zajęciem po szkole – młodzieniec rano pracował w spółdzielni tapicerskiej, a potem miał dwa treningi.
Efekt przyszedł podczas igrzysk w Tokio w 1964 roku. Grzesiak nie był gwiazdą turnieju, ale szedł przez niego jak przecinak: 5:0 z Massimo Bruschinim, 5:0 z Kurtem Mattssonem, potem ćwierćfinałowe 4:1 z Vasile Mirzą – tym samym, z którym rok wcześniej przegrał w Bukareszcie. Rewanż smakował jak potwierdzenie, że to już nie jest zwykły dzieciak z wrocławskiej sali, tylko pełnoprawny zawodnik światowej klasy.
W półfinale stanął naprzeciw Borysa Łagutina – mistrza Europy, medalisty olimpijskiego, nazwiska z ciężarem politycznym i sportowym. Przegrał 1:4. W Polsce długo mówiono, że werdykt był co najmniej dyskusyjny, i że młody Polak mógł zajść wyżej, gdyby okoliczności były inne. Ale olimpijski brąz w kategorii lekkośredniej i tak był ogromnym sukcesem. Spełnieniem marzeń chłopaka, którego rodzice kiedyś nie chcieli puszczać na treningi.
Potem wywalczył trzy indywidualne mistrzostwa Polski i złoto drużynowe z Gwardią Wrocław. Łącznie stoczył 198 walk – 157 wygranych, 14 remisów i 27 porażek. Solidny, mocny bokser polskiej szkoły lat sześćdziesiątych. Z ciosem, który – jak mówili trenerzy – potrafił „ważyć jak końskie kopyto”.
Józef Grzesiak karierę skończył młodo, jeszcze przed trzydziestką. Został trenerem, żył spokojniej. We Wrocławiu można go było spotkać na meczach, z gazetą sportową w ręku, wciąż blisko świata, który kiedyś zawiózł go na drugi koniec globu.
Zmarł 30 maja 2020 roku.
Jestem publicystą sportowym z ponad 20-letnim doświadczeniem, specjalizującym się m.in. w historii bosku. Piszę o legendach pięściarstwa, rekordach i przełomowych walkach. Jestem autorem książek sportowych, tworzę serwis legendysportu.pl i przez wiele lat współpracowałem z WP SportoweFakty. W swoich tekstach stawiam na rzetelność i pasję - łączę dziennikarskie doświadczenie z głębokim zamiłowaniem do historii boksu, aby pokazać, jak dawni mistrzowie kształtowali oblicze dyscypliny, którą kochamy.
Dodaj komentarz